|
Archiwum
Zakładki:
Czytam
O mnie
|
niedziela, 15 listopada 2009
Wieczory sa najgorsze, codziennie od tygodnia gdy klade sie spac przed oczami wyswietla mi sie ten sam film. Film pod tytulem 6.listopada 2009. Zaczyna sie bardzo normalnie. Wstaje rano, zadowolona, ze jest piatek. Jak co rano Marcus mruczy pod nosem, zebym dala mu znac jak dojade do pracy. Kaze mu zamknac oczy i wracac do spania, ma jeszcze ponad godzine do budzika. Zakladam ulubiona koszule, czarne spodnie i szpilki, ktorych nie nosilam od roku. W aucie slucham radia i spiewam. Mijam stacje paliw i zauwazam, ze paliwo podrozalo od wczoraj wieczorem. Wyprzedzam nowego Forda Ka i mysle, ze nie jest taki zly i ze skoro juz zaczelam nowa prace to moze w koncu wymienie swojego Ka na nowszy model. Mijam znak drogowy z napisem 'Reading 20 mil'. Na zegarku jest 7.38, znowu bede w biurze za wczesnie, mysle. Dalej juz nie jest tak zwyczajnie. Nagle czuje uderzenie z prawej strony auta (pozniej dowiem sie, ze byl to seat ibiza), trace kontrole nad kierownica i wpadam na przeciwna strone drogi, tam czuje kolejne uderzenie, tym razem van jadacy w strone Oxfordu wbija sie w moje siedzenie pasazera. Nie wiem po jakim czasie podnosze glowe z kierownicy, widze swoja twarz w lusterku, mam wielka dziure w czole, krew jest wszedzie. Zauwazam tez dziure w przedramieniu, zawsze zastanawialam sie jak wyglada otwarte zlamanie, przechodzi mi przez mysl. Dotykam nog, sa cale. Zbiegaja sie ludzie, jakis chlopak przykrywa mnie swoja kurtka i bluza. Przyjezdza karetka, pielegniarka zaklada gumowe rekawiczki, widze jak zapisuje sobie moje imie na jednej z nich. Za chwile na miejscu jest straz pozarna. Pamietam, ze strazacy sa bardzo przystojni. Przykrywaja mnie gruba siatka i tna moj samochod na kawalki, zeby sie do mnie dostac. Szyba, drzwi, dach. Ostatecznie udaje im sie polozyc mnie na nosze i przeniesc do karetki. Pozniej dowiem sie, ze bylam uwieziona w samochodzie przez 75 minut. Nastepne ujecie: jestem w szpitalu, kolejno nachylaja sie nade mna lekarze i pielegniarki, przedstawiaja sie i tlumacza co beda za mna robic. Igly wbijaja mi wszedzie, w rece, w stopy. Bol jest nie do zniesienia, ale morfina wkrotce zaczyna dzialac. Pielegniarki rozcinaja mi ciuchy. Jade na tomografie komputerowa, krew leci mi z ucha, ale na szczescie glowa jest cala. Lekarz zauwaza luzne powietrze w klatce piersiowej, wiec musza wlozyc mi tube miedzy zebra. Szykuja mnie do operacji. Pamietam, ze bardzo sie boje, ze sie nie obudze. Jest juz Marcus i moja siostra ze swoim chlopakiem, stoja przy moim lozku. Zgrywam twardzielke, zartuje, wszyscy zartujemy, choc w rzeczywistosci wiem, ze jestesmy przerazeni. O 22:00, dwanascie godzin od przyjazdu do szpitala, budze sie po operacji. Mam zlamane przedramie, peknieta miednice, pekniete zebro, tube w klatce piersiowej i 15-centymetrowa rane na glowie i czole. Cale moje cialo pokryte jest ranami i sinikami. Zostane w szpitalu przez kolejne piec dni. Zyje.
niedziela, 25 października 2009
niedziela, 18 października 2009
piątek, 09 października 2009
Z okazji urodzin
mojego Taty (wczoraj skonczylby 56 lat) postanowilam zrobic cos sensownego. Dlugo nie
musialam szukac pomyslu, akurat dzis rano jedna z kolezanek z pracy
zaproponowala, zebysmy wystartowaly w biegu Swietych Mikolajow. Celem
imprezy jest zebranie pieniazkow dla Helen & Douglas House czyli oxfordzkiego
hospicjum dla dzieci. Postanowilam dolaczyc. Mam nadzieje, ze uda mi sie powtorzyc moj czerwcowy sukces, gdy zebralam £400 dla Macmillan Cancer Support. Moja strona znajduje sie TUTAJ A tak wygladalo to w zeszlym roku: ![]()
piątek, 02 października 2009
czwartek, 17 września 2009
czwartek, 13 sierpnia 2009
niedziela, 09 sierpnia 2009
Wczoraj Marcus próbował porozmawiać z moją Mamą przez Gadu-Gadu. Dorwał jakiś podrzędny internetowy słownik, który (podobno) tłumaczy całe zdania. Wrzucał więc zdanie po angielsku po czym przetłumaczone (w jego mniemaniu) wklejał w GG. Oto efekt: Marcus: Cześć Jagoda Mama: Cześć Marcus, jak się masz? Marcus: W porządku dziękują. Jak są wy? Mama: Okay Marcus: Oczekujemy do obserwacji was następny tydzień ...i tu musieli przerwać, bo Mama popłakała się ze śmiechu.
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Zawsze wiedziałam, że nie zbawię świata, ale ostatnio dociera to do mnie ze zdwojoną siłą i strasznie mnie to boli. W soboty pomagam w schronisku dla zwierząt i widzę tam rzeczy, których wolałabym nie widzieć. Widzę psy, które były tak bite, że boją się własnego cienia. I wiem, że nic nie mogę z tym zrobić. Owszem, mogę pomóc tym zwierzakom w schronisku, ale nie mogę pomóc tysiącom innych, które spotyka podobny los. Czytam blogi fajnych dziewczyn: Pauli i Anki, które zmagają się z paskudnymi chorobami i wiem, że mogę niewiele. Mogę przelać im trochę pieniędzy, mogę zostawić pozytywny komentarz i tyle. Przeraża mnie ta bezsilność. I ta myśl, że takich chorób i nieszczęść są tysiące, miliony. Widzę żonę profesora jak spaceruje nad rzeką, już bez niego. Jak schudła, jakby zmalała nawet. Została sama po tylu latach u boku mężczyzny, który w wieku 80 lat opowiadał mi o niej z zafascynowaniem (‘ach ta moja Tamara, moja dziewczyna’). Zasmuca mnie to strasznie, los tych staruszków, którzy zostają sami. Dziś, w siódmą rocznicę pogrzebu mojego Taty siedzę i rozmyślam i wszystko wydaje mi się bez sensu. Nie potrafię znaleźć żadnych pozytywnych argumentów, żadnych powodów do uśmiechu. Mam nadzieję, że jutro jakieś znajdę.
piątek, 17 lipca 2009
Mój wybitny sąsiad profesor Leszek Kołakowski zmarł dziś popołudniu. Pamiętam jak w zeszłym roku odwoziłam go do domu po wieczornym wykładzie. Już słabo widział, słabo chodził ale dowcip miał niewiarygodny, śmialiśmy się przez całą drogę. Wczoraj przechodząc obok jego domu w drodze do pracy pomyślałam, że dawno go nie widziałam i mam nadzieję, że to nie z powodów zdrowotnych. A jednak. Smutno mi.
wtorek, 14 lipca 2009
wtorek, 07 lipca 2009
wtorek, 09 czerwca 2009
Melduję, że udało nam się z Tishą bez problemu ukończyć nasz 9km marsz w niedzielę. Zebrałyśmy £370, które zostały przekazane fundacji Macmillan. To chyba tyle z nowości J Nie ma mnie tu chwilowo, ale piszę, a raczej tłumaczę tutaj.
sobota, 23 maja 2009
Podejrzewam, że gdyby Tisha umiała mówić powiedziałaby, że to jeden z najlepszych weekendów w jej życiu.
poniedziałek, 18 maja 2009
Macmillan Cancer Support to fundacja pomagająca ludziom cierpiącym na nowotwory oraz ich rodzinom. Z doświadczenia wiem, że taka pomoc (niekoniecznie finansowa) jest naprawdę potrzebna. Jeśli chcecie i możecie pomóc, będę bardzo wdzięczna za każdy grosik. Oto link do mojej strony: www.justgiving.com/magdapilat
niedziela, 10 maja 2009
Odsłona 1. Mój M. nigdy nie był przez rodziców ganiany do kościoła i ogólnie mało wie na temat jakiejkolwiek religii. Kiedy więc w oglądanym przez nas ostatnio teleturnieju padło pytanie ‘kto wydał wyrok skazujący Chrystusa na śmierć’ M. natychmiast spojrzał na mnie pytająco. Chcąc mu pomóc wskazałam palcem na siebie i moja siostrę (mając na myśli nasze nazwisko oczywiście) na co M. z przerażeniem i niedowierzeniem w oczach mówi: ‘Polacy?!’. Kurtyna.
poniedziałek, 04 maja 2009
Z okazji długiego weekendu wybraliśmy się na długi spacer. Przeszliśmy kilka kilometrów tak zwaną Oxfordshire Way. Razem z M. namiętnie pstrykaliśmy fotki. Owce nie były chyba do końca zadowolone, ale jak przystało na owce z wyższych sfer (bo z Blenheim Palace) pozowały cierpliwie. Pierwszy raz od dłuższego czasu udało nam się spędzić weekend bez pracy, mój jedyny student odwołał sobotnie i poniedziałkowe korepetycje więc mogłam sobie pozwolić na totalne lenistwo. Nadrobiłam zaległości książkowe (przerabiam teraz ‘Polish House: An intimate history of Poland’ autorstwa Radka Sikorskiego – fajnie napisana książka). Wzięłam się też za filmy, które Mama przywiozła nam z Polski. Wczoraj obejrzałam ‘2 dni w Paryżu’ – ciekawy, znalazłam w nim kilka zabawnych analogii do naszego ‘międzynarodowego’ związku. Na dzisiaj zostawiłam sobie ‘Katyń’, który chciałam obejrzeć od dawna, ale brakowało mi odwagi. Bardzo mnie przejął. Siedzę i myślę jakie to szczęście, że przyszło nam żyć w innych czasach. Zastanawiam się też nad losem tych po drugiej stronie, tych którzy podpisywali wyroki i tych którzy strzelali. Jak dalej z tym żyli? Czy można żyć spokojnie jeśli z premedytacją zabije się chociaż jednego niewinnego człowieka? Lubię filmy, które zmuszają do myślenia.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Kiedy składałam wymówienie bałam się reakcji moich szefów. Zaskoczyli mnie bardzo, bo zareagowali dość pozytywnie i zaangażowali się w zorganizowanie mi pożegnalnej kolacji. Wybrali nawet polską restaurację, taki ukłon w moją stronę. Pomyślałam wtedy, że jednak nie są tacy źli i że chociaż na koniec pokazali ludzką twarz. No i jak zawsze się pomyliłam. Kolacja miała być we wtorek wieczorem. Kupiłam nową sukienkę, buty, biżuterię bo przecież nie często odchodzi się z pracy po czterech latach. We wtorek rano szef J. zostawił mi wiadomość na poczcie, żebym nie przyjeżdżała, bo sekretarka nie czuje się najlepiej (‘wróciła z weekendu na Słowacji z bólem głowy i podejrzewa świnską grypę...’ – nie wiedziałam, że już na Słowacji mają?) a szef N. nie ma dzisiaj za bardzo czasu, więc musimy kolację przełożyć na ‘kiedyś’. Hmmm, ciekawe na kiedy? Bo ja już się do Londynu nie zamierzam wybierać. Klucze do biura odeślę pocztą i szczerze, naprawdę szczerze mam nadzieję, że już nigdy nie będę miała okazji spotkać się z tymi ludźmi. Myślałam, że na koniec uronię łezkę lub dwie, ale nie. Nic, tylko uśmiech!
niedziela, 26 kwietnia 2009
Wczoraj oficjalnie rozpoczęliśmy sezon biwakowy. W nocy było jeszcze trochę zimno ale do zniesienia. Tisha dostała swój własny spiwór (dla żartu kupiliśmy taki dla małego dziecka – pasuje idealnie). Miała spać w przedsionku, ale notorycznie wymykała się z namiotu, żeby ganiać zające i kuropatwy ostatecznie więc wylądowała w samochodzie. Odwdzięczyła nam się wymiotując na tylne siedzenie – efekt objadania się trawą. Znajomi mówią, że z tym psem jak z wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem, nie ma dnia, żeby nie wpadła w jakieś tarapaty. Fakt, ale przynajmniej nie jest nudno. To był nasz pierwszy wspólny wyjazd pod namiot (ja, M. i pies). Krótki ale udany więc planujemy następne. A jutro zaczynam mój ostatni tydzień w londyńskiej pracy. Na samą myśl szeroko się uśmiecham.
sobota, 18 kwietnia 2009
niedziela, 05 kwietnia 2009
Wraz z wiosną zawitały w moim życiu zmiany. Od maja koniec z Londynem, koniec z pobudkami o 5 rano i użeraniem się z ludźmi w firmie, gdzie najważniejsze wydatki to te na rozrywkę moich szefów. Zawodowo zaczynam nowy rodział, w ogóle niezwiązany ani z tym co robiłam do tej pory ani z kierunkiem, który studiowałam przez ostatni rok, ale za to związany z tym czego uczyłam się na studiach w Polsce. Jestem podekscytowana, może troszkę przestraszona, ale absolutnie gotowa na zmiany. Wiosna obudziła się już w naszym ogrodzie, więc ostatnio wszyscy walczymy o ‘krzesło z widokiem’. Kto wygrywa? Jak widać na załączonym obrazku...
poniedziałek, 30 marca 2009
czwartek, 12 lutego 2009
Ostatnio bardzo często miewam sny o Tacie. Za każdym razem mają podobny schemat. Życie płynie normalnie i ja nagle przypominam sobie, że przecież on jest chory i panicznie boję się mu o tym powiedzieć. Bo znowu zacznie się chemia, pobrania krwi, zapalenie żył, szpital i ten okropny strach. Więc żyjemy sobie niby normalnie, tylko ja chowam w sobie strach i staram sie udawać, że wszystko jest w porządku. Ten lęk paraliżuje mnie we śnie do tego stopnia, że budzę się z płaczem. Po prawie siedmiu latach te wspomnienia są jak żywe, jakby to było wczoraj. To jednak prawda, że pewne rany nigdy się nie goją, mogą się co najwyżej zabliźnić. |