|
środa, 01 grudnia 2010
Dłużej nie
zniosę blogowania na Bloxie, problemy z dodawaniem postów i zdjęć trwają już
kilka miesięcy i wczoraj chyba ostatecznie straciłam cierpliwość. Decyzja
podjęta, przenoszę się na Blogspot. Trochę szkoda bo byłam tu od prawie czterech lat, ale jak to w życiu, nic nie trwa wiecznie, więc żegnaj Bloxie, jestem teraz na www.magdanawyspie.blogspot.com
poniedziałek, 29 listopada 2010
niedziela, 28 listopada 2010
Mówią, że jeśli nie ma cię na Facebooku to nie istniejesz. Ja ‘istniałam’ od 2006 roku, ale niedawno, po tygodniu spędzonym na Sardynii z dala od wszystkiego doszłam do wniosku, że nie jest mi Facebook do szczęścia potrzebny i usunęłam swoje konto.
Okazało się to całkiem dobrą decyzją, która nie tylko dała mi dużo więcej wolnego czasu wieczorami ale też pozwoliła zweryfikować kilka przyjaźni. 80% znajomych i rodziny zapomniało w tym roku o moich urodzinach. Co dziwne, gdy nie było portali społecznościowych wszyscy pamiętali. Czy to nie straszne jak bardzo uzależniamy nasze życie od internetu? Czy świat by się pozbierał gdyby zabrano nam dostęp do sieci na miesiąc lub dwa? W ramach obowiązkowej już niedzieli z aparatem spotkałam dzisiaj bardzo ciekawskie owce, które chyba nie mają kont na Facebooku, ale i tak wyglądają na szczęśliwe. ![]()
niedziela, 14 listopada 2010
Za oknem deszczowo.
W polskim sklepie przyjmują już zamówienia na karpia. W TV coraz więcej świątecznych reklam. Chyba pora pogodzić się z faktem, że za chwilę trzeba będzie myśleć o prezentach. Czas pędzi, im jestem starsza tym szybciej.
piątek, 05 listopada 2010
Dokładnie rok temu w czwartkowy wieczór przygotowałam ciuchy na piątek, żeby zaoszczędzić kilka cennych porannych minut. Zadzwoniłam do siostry, żeby potwierdzić, że wpadnę do niej jutro po pracy. Włożyłam do torebki iPoda i bilet na pociąg, który kupiłam dzień wcześniej. Chciałam dla odmiany uniknąć stania w korkach i wrócić do domu o sensownej godzinie. A jednak rano zmieniłam zdanie. Autobus, pociąg i kolejny autobus... w ciemny listopadowy poranek wydało mi się to misją nie do wykonania. Pojadę samochodem, pomyślałam.
Ciekawe jak wyglądałoby teraz moje życie, gdybym jednak wybrała pociąg? To niewiarygodne jak mała zmiana planów potrafi odmienić życie, postawić je na głowie w przeciągu kilku sekund. Trudno mi uwierzyć, że to już rok. Wspomnienia są bardzo żywe i nadal bolesne, czasami mam wrażenie, że to wszystko wydarzyło się wczoraj. Jak dobrze, że dostałam od losu drugą szansę.
niedziela, 31 października 2010
Blox wyprowadza mnie z równowagi. Dodawanie wpisu za każdym razem jest wyzwaniem. Wystarczy napisać jedno słowo i przy próbie zapisania wpisu pokazuje się wiadomość: treść wpisu zbyt długa (?!). Pomoc techniczna gazety.pl odpisuje po kilkunastu dniach, zrzucając winę to na mnie, to na mój komputer. Zero sensownych odpowiedzi.
Pora chyba wyemigrować? Narazie stworzyłam sobie przestrzeń na zdjęcia TUTAJ.
sobota, 30 października 2010
Ucichłam jakoś ostatnio. Nie tylko na blogu.
Winię pogodę i znienawidzone przeze mnie ciemne poranki i wieczory. Jak dobrze być niedźwiedziem w Tatrach, zamykasz oczy jesienią, otwierasz wiosna. Marzenie.
poniedziałek, 18 października 2010
niedziela, 17 października 2010
wtorek, 28 września 2010
Dosłownie w godzinę po wejściu do rodzinnego domu rozłożyło mnie
paskudne grypsko. Leżę i kwiczę a Mama co chwilę przynosi mi leki,
cytrusy, miód, herbatę... Jak chorować to jednak tylko u Mamy.
Cały wczorajszy dzień spędziłam w łóżku oglądając polską telewizję. Był Miś, Siedem Życzeń, Jan Serce, Lalka i było coś jeszcze. Reklamy! Jakże się polskie reklamy zmieniły przez ostatnie kilka lat. Gdy wyjeżdżałam do UK reklamowano głównie proszki do prania i szampony. Teraz królują sieci komórkowe i... leki! Można by pomyśleć, że Polacy nie robią nic innego tylko faszerują się lekami. Są więc leki na grypę, na wzdęcia, na rozwolnienie. Są tabletki na bóle pleców, bóle mięśni, bolące gardło. Wszystko tu idzie wyleczyć i to bez recepty! Wygląda na to, że Polska to raj dla hipochondryków i lekomanów w przeciwieństwie do UK, gdzie króluje stary dobry paracetamol przepisywany na wszystko. Zaczęłam kiedyś tworzyć listę dolegliwości na które mi lub znajomym zasugerowano paracetamol. Lista jest długa i miejscami dość zabawna. Niedawno dopisałam do niej koleżankę, która spanikowana poprosiła pielęgniarkę jak radzić sobie ze skurczami porodowymi. Bardzo prosto - powiedziała pielęgniarka - jeśli skurcze masz nie częściej niż 15 minut weź paracetamol.
poniedziałek, 27 września 2010
Loty z Luton do Gdańska są zawsze dobrą okazją do ciekawych obserwacji socjologicznych i tak też było w tą niedzielę. Rano odkryłam na lotnisku, że polski powoli staje się już oficjalnym językiem w UK. ![]() Gdy robiłam to zdjęcia podszedł do mnie chłopak. Początkowo oślepiła mnie biel jego adidasów. Chłopak bardzo miło zapytał mnie po
angielsku how much is time? Zdębiałam, bo naprawdę nie wiem
po ile jest czas. Już miałam rozłożyć ręce w geście 'poddaję się, nie
wiem' gdy chłopak szybko wskazał na mój telefon sugerując, że chce
zobaczyć, która jest godzina. Ostatecznie jakoś się dogadaliśmy. ![]()
Wylot był oczywiście opóźniony za co podziękowania należą się 'pani
Łuczak Teresie i pani Stępińskiej Katarzynie', które zapodziały się
gdzieś między odprawą a bramką. Panie nie mówiły po angielsku więc
dopiero komunikaty po polsku przyniosły efekty.
W samolocie usiadłam na pierwszym siedzeniu, błąd! Co chwilę ktoś stawał przy moim fotelu, czekając w kolejce do toalety. Jeden pan w czasie dwugodzinnego lotu pielgrzymował do toalety cztery razy. Najpierw mu współczułam bo może prostata, później jednak zauważyłam jak wołał obsługę aby kupić kolejne piwo (zegarek wskazywał dziewiątą rano). Po piwoszu w kolejce stanęła pani, której pomyliły się drzwi i zamiast do toalety chciała wejść do kokpitu. Szarpała za klamkę i stukała w drzwi, co ja i reszta pasażerów z pierwszych rzędów obserwowaliśmy z rozbawieniem i nadzieją, że pilot otworzy. Nikomu oczywiście nie przyszło na myśl, żeby wskazać tej pani toaletę, na szczęścia na ratunek przybyła stewardessa o wdzięcznym imieniu Jurata. Reszta lotu upłynęła dość spokojnie ale standardowo zakończyła się rykiem licznych dzieci znajdujących się na pokładzie i syczeniem matek próbujących te dzieci uspokoić: szszsz, szszsz, nie płacz Dżenifer, nie płacz Britnej. Piękne imiona nosi najmłodsze pokolenie Polaków na emigracji. Z lotniska udałam się na dworzec Gdańsk Wrzeszcz, gdzie jak zawsze przywitała mnie obrażona mina pani sprzedającej bilety. Na pytanie o godzinę odjazdu pociągu pani fuknęła, że nie jest informacją. Informacja jest w Gdańsku Głównym powiedziała z wyższością. Zmęczona podróżą od czwartej nad radem westchnęłam tylko i poszłam na peron. Do przebycia miałam jeszcze prawie 90km ale już wiedziałam, że jestem w domu.
wtorek, 21 września 2010
Sobotnie wdepnięcie w psie odchody okazało się wstępem do prawdziwie gównianego weekendu. Czyli jednak kupa i szczęście nie zawsze idą w parze.
sobota, 18 września 2010
O czwartej nad ranem obudziło mnie głośne przeklęństwo. Myślałam, że to sen, ale po chwili usłyszałam odgłos prysznica i zauważyłam brak M. obok mnie wyskoczyłam więc z łóżka, żeby sprawdzić co się dzieje. M. nie wstałby z własnej woli gdy za oknem jest ciemno, wiedziałam więc, że dzieje się coś złego.
W łazience zastałam pokaźnych rozmiarów psią kupę na podłodze i M. myjącego stopę pod prysznicem. O zapachu nie wspomnę. Moją pierwszą reakcją był oczywiście głupawy chichot, ale natychmiast się powstrzymałam rażona spojrzeniem wściekłego męża. M. ma niezwykłą wręcz awersję do psich kup i nawet z dość dużej odległości reaguje na nie spazmami mięśni twarzy i prawdziwym odruchem wymiotnym. Wzięłam się za mycie podłogi po czym zeszłam na dół sprawdzić co robi autorka zamieszania. Leżała w swoim łóżku z przerażoną miną (nie zabijaj mnie, mam rozwolnienie – zdawała się mówić jej oczy). Że próbowała nas obudzić, nie mam wątpliwości. Problem tylko w tym, że nocne budzenie to jedyny przejaw dobrego wychowania u naszego psa. Przychodzi na górę na paluszkach i bardzo delikatnie skrobie łapką w nasze drzwi. Zawsze tylko jedno skrobnięcie po czym grzecznie siedzi i czeka, aż drzwi się otworzą. Nie otworzyły się tym razem, widocznie skrobnięcie było zbyt ciche, w związku z czym autorka zamieszania udała się (bardzo kulturalnie zresztą) do łazienki. Pogłaskałam ją ze współczuciem i wróciłam na górę. Mycie stopy trwało już jakieś pięć minut i wcale nie wyglądało na to, że ma się zaraz skończyć. Chciałam jakoś pocieszyć M. więc zgodnie z prawdą oznajmiłam mu, że w Polsce wierzymy, iż wdepnięcie w kupę przynosi szczeście. A gołą stopą to dopiero musi być dobry znak – powiedziałam radośnie. Z nieznanych mi przyczyn M. nie podzielił mojego entuzjazmu.
czwartek, 16 września 2010
Kilka dni temu dziewczyny z pracy zmusiły mnie do pokazania im zdjęć ‘z najważniejszego dnia mojego życia’. Miewałam w życiu ważniejsze, pomyślałam, ale nie chciałam wdawać się w dyskusje. Moje zdjęcia oglądane były w ciszy. Gdy skończyłyśmy dziewczyny rozeszły się do swoich biurek, bez słowa. Zero komentarza.
Najpierw zrobiło mi się przykro, po chwili jednak doszłam do wniosku, ze to dość zabawne jak te wszystkie dziewczyny, które potrafią rozmawiać tylko o przedłużaniu paznokci i kupowaniu ciuchów przez internet, mają w jakiś sposób wyprane mózgi. Uczone są od dziecka, ze wesele musi być wielkie, suknia musi kosztować minimum połowę wypłaty i wyglądać jak wielka beza a włosy muszą ociekać lakierem (dobrze by było, żeby w lakierze były drobinki brokatu). Pannie młodej na weselu powinny towarzyszyć minimum trzy druhny (w wydaniu angielskim najczęściej w rozmiarze XXL, z biustem na wierzchu i koniecznie -KONIECZNIE!- w identycznych sukienkach w kolorze champagne). Z weselnej sesji zdjęciowej należy mieć minimum 550 zdjęć: panna młoda z panem młodym, panna młoda z rodziną, panna młoda z druhnami, panna młoda z przyjaciółkami, panna młoda ze znajomymi z pracy, etc, etc... Następnie pan młody z każdym po kolei. Pózniej zdjęcia mieszane (państwo młodzi z X, Y, Z). Wszystkich tych elementów zabrakło niestety na moim ślubie dzięki czemu uzyskałam natychmiast łatkę 'straconej dla ludzkości'. Koleżanka z pracy, która brała ślub dwa tygodnie po mnie miała wszystkie wymagane elementy. Efekt? Zachwytom nad zdjęciami nie było końca. To wszystko odbiło się też na wartości pracowych prezentów ślubnych . Ja dostałam voucher do domu towarowego o wartości £50, koleżanka dwa tygodnie później noc w eksluzywnym hotelu, na którą kazano mi się złożyć £30.
niedziela, 12 września 2010
czwartek, 19 sierpnia 2010
czwartek, 22 lipca 2010
Zaczęła się na dobre walka z ubezpieczalnią człowieka, który spowodował wypadek. Już widzę, że nie poddadzą się łatwo. Z każdym emailem i listem od mojego prawnika muszę od nowa analizować ten dzień, a w szczególności te ostatnie kilkadziesiąt sekund przed zderzeniem. Nie przychodzi mi to łatwo i nie ma dobrego wpływu na moje samopoczucie. Dochodzi do tego ciągła walka z rachunkami do zapłacenia, próby znalezienia pracy zgodnej z wykształceniem i ciągłe udawanie, że wcale mi nie przeszkadza bezsensowne stukanie w klawiaturę przez pięć dni w tygodniu....Mieszanka wybuchowa.
Przechodziłam ostatnio obok restauracji. Drzwi i okna otwarte na oścież. Przystanęłam, żeby zerknać na menu. W środku grupka ludzi mniej więcej w moim wieku. Ktoś z nich akurat skończył opowiadać dowcip, wszyscy wybuchli gromkim śmiechem. Takim szczerym, radosnym. Kiedy ostatnio ja tak szczerze się śmiałam? - pomyślałam w drodze do domu. Odpowiedź jest prosta ale bardzo przygnębiająca: to było tak dawno, że nie pamiętam. Potrzebuję nowej mantry bo ta ‘wszystko będzie dobrze’ dawno już przestała działać.
sobota, 03 lipca 2010
niedziela, 27 czerwca 2010
niedziela, 20 czerwca 2010
niedziela, 13 czerwca 2010
piątek, 11 czerwca 2010
Miałam w liceum kolegę. Bardzo inteligentny chłopak z bogatego domu, przez co zarozumiały, czasem nawet bezczelny w stosunku do innych uczniów i przede wszystkim nauczycieli. Ze mną w dobrych stosunkach głównie dlatego, że pomagałam z matematyki i pozwalałam kopiować moje prace domowe. Ważnym elementem naszej znajomości były dyskusje polityczne. On, zwolennik lewicy, ja z bardzo antykomunistycznego domu. Czasami te dyskusje przeradzały się w prawdziwe kłótnie. Wczoraj w czasie przerwy na lunch przeglądałam w pracy polskie strony internetowe i natknęłam się na wywiad z kolegą i jego żoną, Martą Kaczyńską. Nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Dwa miesiące po tragedii pod Smoleńskiem oni opowiadają o tym jak się poznali i pokochali. I fotografują się z dziećmi na plaży. Jest kolorowo, sielsko, wręcz radośnie. Szczerze, zaniemówiłam. Nie mówię, że mają rozpaczać 24/7 ale czy nie można z takimi wywiadami trochę poczekać? Marta mówi, że chciała opowiedzieć o rodzicach, dlatego zdecydowała się na wywiad. Kwestia tylko, że o rodzicach jest tam niewiele. Dochodzę do smutnego wniosku, że w naszych czasach wszystko jest na sprzedaż, a śmierć i żałoba widać schodzą jak ciepłe bułeczki. Jako ktoś, kto przeżył śmierć jednego z rodziców nie wyobrażam sobie udzielania takiego wywiadu czy robienia takiej sesji zdjeciowej w kilka tygodni po pogrzebie. Ale może się mylę, może to wcale nie jest nie na miejcu? Mój kolega w liceum zawsze powtarzał, ze będzie prezydentem Polski. W wywiadzie jego żona mówi, ze on zawsze chciał być premierem. Tak czy tak ma chłopak parcie na szkło i świetny PR. I choć życzę mu jak najlepiej to jednak czuję jakiś niesmak.
sobota, 29 maja 2010
Nienawidzę moich blizn. Nienawidzę, gdy ludzie patrzą na mnie z politowaniem. Ta na czole, dzięki chirurgowi plastycznemu bardzo ładnie się zagoiła, chociaż nadal widać, ktorą częścią czoła uderzyłam w kierownicę. Niestety moja lewa dłon i przedramię nie miały już takiego szczęścia. Po zrobieniu czoła chirurg plastyczny pewnie wyszedł i resztę zostawił zwykłym chirurgom, a ci martwili się raczej o to, żeby blacha ładnie mi się ułożyła a nie żeby nie było widocznych blizn. W rezultacie brakuje mi kawałka mięśnia i mam paskudne blizny, łącznie jakieś 20 centymetrów. Nie lubię patrzeć na tą rękę, co nie jest łatwe szczególnie teraz, latem. Do ślubu zostało mi niewiele ponad dwa miesiace i choć staram się nie przejmować za bardzo, to jednak gdzieś tam głęboko we mnie siedzi próżna dziewczynka, która jednak chciałaby wygladać w tym dniu nienagannie. I wiem, że to nie będzie możliwe, dlatego nie zgodziłam się na weselnego fotografa. Tłumaczę to pieniędzmi, ale chyba dla wszystkich oczywiste jest, jaki naprawdę jest problem. Powoli zaczyna rodzić się we mnie złość, choć staram się unikać tego uczucia. Złość na tego człowieka, który spowodował wypadek i nie poniósł żadnych większych konsekwencji, ot wysłali go na jednodniowy kurs bezpiecznej jazdy. Ten człowiek, który jak się okazuje ma tytuł lorda, nie zechciał nawet zadzwonić do szpitala i zapytać co ze mna, nie zechciał przeprosić i to najbardziej boli. Siedem miesięcy mija od wypadku a to nadal we mnie tkwi i czasem mam wrażenie, że dopiero teraz na dobre zaczyna się próba radzenia sobie z tym co się stało.
poniedziałek, 24 maja 2010
|
Archiwum
|