|
Archiwum
Zakładki:
Czytam
O mnie
|
wtorek, 02 lutego 2010
sobota, 23 stycznia 2010
Od poniedziałku wracam do pracy na poważnie. Jak łatwo było przewidzieć w biurze w szkole językowej wytrzymałam całe cztery dni. Ambicja nie pozwoliła mi zostać dłużej. Przez ostatnie dwa tygodnie uczyłam więc z doskoku w prywatnej szkole, w międzyczasie zaliczając interview, które okazało się sukcesem. Co ciekawe, ogłoszenie o tej pracy znalazłam w gazecie, w której był artykuł o moim wypadku. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się kupić tej gazety. Ogłoszenie przeczytałam leżąc w szpitalu i zdecydowałam, że wyślę moje CV jak tylko trochę wyzdrowieje. Wysłałam, pracę dostałam. Całkiem przyjemny zbieg okoliczności. Mam nadzieję, że zawodowo w końcu zacznie mi się układać, bo ostatni rok upłynął pod znakiem bardzo złych decyzji i paskudnych pracodawców.
piątek, 22 stycznia 2010
Dzisiaj zajrzałam sobie w statystyki i zauważyłam, że ktoś trafił na mój blog wrzucając w google pytanie: ‘jak pojechać Magdę do bólu?’. Normalnie brak mi słów.
czwartek, 21 stycznia 2010
Z reguły staram się nie psioczyć na Anglików, którzy nie lubią obcokrajowców. Czasem nawet takie zachowania rozumiem. Mnie samą denerwują niektóre pomysły tutejszych władz, bo nie uśmiecha mi się aby moje podatki szły na przykład na pewną Turczynkę, która postanowiła rzucić palenie, ale nie znała angielskiego, więc NHS wynajęło dla niej tłumacza. Cieszę się, że ktoś rzuca paskudny nałóg, ale nie chcę płacić podatków na tłumacza, który w tym pomaga. Wychodzę z założenia, że jeśli przyjeżdża się tu życ trzeba nauczyć się języka choćby na tyle aby móc się porozumieć w pracy, w urzędzie czy u lekarza. Ale nie o tym chciałam. Chciałam o pani z urzędu, która wyraźnie obcokrajowców nie lubi i która zagrała mi dziś na nerwach. Poszliśmy zarejstrować nasz ślub. Położyłam na biurko tejże pani mój polski dowód osobisty, na co ona, że chce mój paszport. Ja na to, że jako obywatel Unii Europejskiej mam prawo okazać się dowodem i pani musi go uznać. Ona na to, że owszem, ale ona po prostu dowodów nie lubi. Zignorowałam tą uwagę i podałam jej resztę dokumentów. Oglądając moje papiery pani zapytała czy mam jakieś akcenty w imieniu i nazwisku. Ja na to, że nie. Pani stuka, stuka w klawiaturę, nagle spojrzała jeszcze raz na mój dowód i w krzyk: jak to nie masz akcentów, jak to? A co to jest? - wskazała na literkę Ł w moim nazwisku. ‘To jest litera w polskim alfabecie, której nie ma w angielskim, więc ja używam po prostu litery L’- odpowiedziałam. ‘Nie, nie....to jest akcent, to jest akcent, pytałam, czy masz jakieś akcenty!’ Na co ja znowu, że to jest litera i że ja jej nie chcę tak wpisanej, bo wszędzie w brytyjskich papierach mam literę L, tu pokazałam jej moje prawo jazdy. W odpowiedzi dostałam wykład ja to ‘my’ (w domyśle Polacy) mamy dziwaczne litery w alfabecie i ‘oni’ (biedni Anglicy) musieli dodać te litery do systemów komputerowych. ‘ Bo wy później rodzicie dzieci i wasza ambasada nie chce tych dzieci rejestrować, bo złe litery są w aktach ślubu’ – ciągnęła pani. Tu się wkurzyłam, bo nie cierpię takiego generalizowania, takiego dzielenia na wy (fuj Polacy) i my (wspaniały naród poddanych królowej Elżbiety). Wyjaśniłam kobiecie, żę a) biorę ślub z Anglikiem, b) sama jestem w trakcie procesu naturalizacji (jakie paskudne słowo!), co w efekcie daje c) rodzice z brytyjskimi paszportami raczej nie będą starać się o polski paszport dla swojego dziecka. Niestety nie przekonałam pani, która z triumfalną miną wydrukowała ślubne dokumenty z literką Ł. W sumie aż tak bardzo mi to nie przeszkadza, chodzi tylko o sam fakt. O jakieś ‘my’ i ‘wy’ głupiego urzędniczego babsztyla i jej poczucie wyższości w stosunku do innych nacji (a w każdym razie w stosunku do naszej). Zepsuła mi dzień paskuda!
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Wywołałam oburzenie dziewczyn z pracy i kolegi geja, gdy przyznałam się, że kupiłam sobie sukienkę do ślubu za £75. ‘Jak tak można Magda? £75 funtów? Oszalałaś?!?!’ Nie wiedziałam, że to aż takie faux pas, ale wygląda na to, że sukienka musi kosztować o minimum jedno zero więcej. Od razu przypomniało mi się, gdy w filmowej wersji Seksu w Wielkim Mieście Carrie kupiła sukienkę bez znanej metki czym wywołała oburzenie koleżanek (i kolegi geja). Pózniej, podburzana przez przyjaciół, dała się ponieść weselnej gorączce, sukienka zmieniła się w suknię a z 75 gości zrobiło się dwieście. W rezultacie Mr Big przestraszył się na śmierć i uciekł sprzed ołtarza (a właściwie nawet do niego nie dotarł). Zastanawiam się dlaczego z wesel robi sie takie wielkie halo. Dlaczego oburza ludzi, że jedziemy się pobrać w urzędzie miasta w Bath, mamy tylko 28 gości, których po uroczystości bierzemy do restauracji a pózniej zapraszamy na garden party w wynajętym na tydzień mieszkaniu. Nie chcemy orkiestry, nie chcemy oczepin, nie chcemy sztywnych zdjęć. Nie chcemy sie stresować i robić czegoś tylko dlatego, że tak robią inni. Na szczęście moja mama i jego rodzice nie mają nic przeciwko i cieszą się z samego faktu, że chcemy się pobrać. Trudniej jest nam przekonać przyjaciół i kilka angielskich ciotek, które nie potrafią ukryć rozczarowania naszym planem. Ech, chyba chciałabym mieć już to z głowy.
piątek, 08 stycznia 2010
W Bicester nadal biało i zimno. Przebrnęłam rano przez śniegi Langford Village, tylko po to, żeby odkryć puste półki w Tesco. Brak chleba, brak mięsa, brak mleka, brak jajek... niczym w PRLu. Na szczęście był tuńczyk w puszce i makaron w związku z czym plany obiadowo-kolacyjne uległy drastycznej zmianie. Z innej beczki, jestem zła na szpital. Nie dość, że zrobili ze mnie blacharę (no bo jak nazwać dziewczynę z długą tytanową blachą w przedramieniu?) to jeszcze zapomnieli mnie uprzedzić, że zimą ta blacha będzie się robiła zimna i będę ją czuła przy każdym ruchu. Paskudne uczucie!!! Idę się zakopać pod kołdrą, mam nadzieję obudzić się wiosną.
środa, 06 stycznia 2010
niedziela, 03 stycznia 2010
Skończyło mi się chorobowe. Po dwóch miesiącach zrastania się wracam do pracy. Nie do tej paskudnej w szklanym wieżowcu, ale też nie do takiej do której mam ochotę iść. Wzięłam ją tylko dlatego, żeby płacić rachunki. Biuro w szkole językowej. Nuda. Znowu od 9 do 5. Znowu papiery i komputer. Kolejna potencjalna porażka na moim CV, ale bank ma to gdzieś czy lubię swoją pracę albo że miałam wypadek. Bank chce spłaty hipoteki. Ech. Nie mam pomysłu na siebie, nie mogę się przyzwyczaić do nowej mnie, z bliznami. Nadal mam miniaturowe kawałki szkła pod skórą, co kilka dni znajduję nowe. Wyć się chce.
czwartek, 31 grudnia 2009
Wiedziałam, że z Paryżem będzie albo wóz albo przewóz, to znaczy albo się polubimy albo znienawidzimy. Pierwsze wrażenie, okolice stacji Gare du Nord – tragedia, coś na kształt jednej z gorszych dzielnic Londynu, miałam ochotę wrócić na peron i wskoczyć do powrotnego pociągu. Na szczęście później było już tylko lepiej. Paryż mnie uwiódł i rozkochał w sobie. Wspaniałe jedzenie, atmosfera, ludzie... Nawet hałas mi nie przeszkadzał. Wydaje mi się, że bez niego miasto nie miałoby takiego uroku. Przez cały pobyt byłam na siebie zła, że przestałam uczyć się francuskiego. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem poprawy i książką mojego dzieciństwa w oryginale. Mam nadzieję, że wkrótce będę w stanie ją przeczytać. Narazie podziwiam ilustracje. I planuję kolejny wyjazd do Paryża.
sobota, 12 grudnia 2009
Chyba kazdy kto konczy studia biznesowe marzy w pewnym momencie o pracy w korporacji. Ja tez mialam takie marzenie. Niech mnie znajdzie duza firma, niech zaproponuje mi dobre warunki finansowe, bede nosic przy ubraniu plakietke z moim zdjeciem, bede chodzic na obcasach, bede wjezdzac do biura przeszklona winda, bede ‘kims’... To marzenie spelnilo sie w pazdzierniku tego roku. Ktos mnie wypatrzyl, zaproponowal rozmowe kwalifikacyjna a pozniej prace. Codzinnie rano wjezdzalam na trzecie pietro przeszklona winda, mialam plakietke ze swoim zdjeciem, ktora otwieralam brame wjazdowa na parking i wszystkie drzwi w budynku. Wow, to jest zycie, myslalam. Przez pierwszy tydzien w kazdym razie. W drugim tygodniu doszlam do wniosku, ze wcale tak fajnie w korporacji nie jest, bo ludzie nie rozmawiaja ze soba o niczym innym niz praca a moj szef nie lubi gdy biore przerwe na lunch (‘jedyny sposob aby wszystko zrobic na czas to pracowac w czasie lunchu jedzac kanapke przy biurku’ – jeden z jego blyskotliwych wywodow). Przychodzenie do pracy na czas tez nie bylo w dobrym tonie. Do pracy nalezy przyjsc minimum pol godziny wczesniej bo przeciez tyle jest do zrobienia. ‘Nadgodzin nie placimy’ powiedziano mi na rozmowie kwalifikacyjnej ‘to oczywiste, ze dla firmy trzeba sie czasem poswiecic’. W trzecim tygodniu w drodze do pracy mialam wypadek. Kilka dni pozniej zrozumialam co naprawde znaczy korporacja. Przez pierwsze dwa tygodnie od wypadku nikt z firmy sie ze mna nie skontaktowal. Ostatecznie gdy juz moglam pisac na klawiaturze napisalam maila z zapytaniem co z moim zatrudnieniem i, co najwazniejsze, z wynagrodzeniem. Kilka dni pozniej zadzwoniono do mnie z kadr. ‘Niestety Magdo’, spokojnym tonem wyjasnil pan dyrektor od kadr, ‘bardzo duzo nas kosztuje zeby zatrudnic kogos na twoje miejsce podczas gdy jestes na zwolnieniu, wiec nie licz na wynagrodzenie. Dostaniesz tylko panstwowe chorobowe’. ‘Ale chorobowe to 1/8 mojej wyplaty a my wlasnie kupilismy dom i zaczynamy splacac kredyt’ niesmialo mu przerwalam. ‘Rozumiemy, ale nie planowalismy az takich wydatkow zwiazanych z tym stanowiskiem’ elegancko wytlumaczyl pan dyrektor. No tak. Dla nich jestem tylko stanowiskiem. Kwota w budzecie. I nie planowali takich wydatkow. Wszystko w korporacji jest biale lub czarne. I podszyte pieniadzem. Zeby dodatkowo na mnie zaoszczedzic zmieniono w dokumentach date wypadku, przesunieto ja o tydzien wstecz, zeby nie zaplacic mi za pierwszy tydzien listopada, w ktorym przeciez pracowalam. Dobrze, ze zauwazylam i podnioslam alarm. Przeprosili. ‘To byla tylko pomylka Magdo’. Udalam, ze wierze. Od wypadku minelo prawie piec tygodni i nadal nie odezwal sie do mnie nikt, oprocz pana z kadr. Juz tam nie wroce. Postanowione. I zadna inna korporacja nie zagosci juz na moim CV.
poniedziałek, 23 listopada 2009
To jednak prawda, ze nie umiemy docenic pewnych rzeczy, dopoki ich nie stracimy. Jak dobrze jest moc chodzic, czy ktokolwiek sie nad tym zastanawia? Nie, dopoki nie stracimy mozliwosci przemieszczania sie o wlasnych silach, na wlasnych warunkach prawdopodobnie nigdy nie przejdzie nam przez mysl ‘jak fajnie, ze chodze’. Pierwszy raz pozwolono mi podniesc sie z lozka trzy dni po wypadku chociaz rwalam sie do tego od momentu, gdy przywieziono mnie do szpitala. Zdaje sie nawet, ze gdy bylam uwieziona w samochodzie probowalam pertraktowac ze strazakami, zeby nie cieli dachu i drzwi, bo ja sama wysiade. W ogole nie czulam, ze mam peknieta miednice, podejrzewam, ze ogolny szok oraz bol otwartego zlamania przedramienia i rozcietej glowy zagluszyly wszystkie inne zrodla bolu. Ponad dwa tygodnie od wypadku, a ja nadal poruszam sie w tempie zolwia. I dostaje bialej goraczki, cierpliwosc nie jest moja mocna strona. Chcialabym wyjsc z psem na spacer, chcialabym zbiec na dol po schodach gdy dzwoni telefon, chcialabym jak dawniej pojechac rowerem po zakupy a nie moge. Z drugiej strony jednak ucze sie doceniac male rzeczy. Moje male zwyciestwa: powolutku, ale sama zeszlam po schodach, sama zrobilam sniadanie, sama nakarmilam psa. Mam zupelnie inne priorytety, inaczej mysle o zyciu i o tym co jeszcze chcialabym osiagnac. Wypadek wszystko mi przewartosciowal i mimo bolu i dlugiej rehabilitacji przede mna w jakis dziwny sposob jestem losowi wdzieczna za to co mnie spotkalo bo teraz wiem, co tak naprawde jest w zyciu wazne.
niedziela, 15 listopada 2009
Wieczory sa najgorsze, codziennie od tygodnia gdy klade sie spac przed oczami wyswietla mi sie ten sam film. Film pod tytulem 6.listopada 2009. Zaczyna sie bardzo normalnie. Wstaje rano, zadowolona, ze jest piatek. Jak co rano Marcus mruczy pod nosem, zebym dala mu znac jak dojade do pracy. Kaze mu zamknac oczy i wracac do spania, ma jeszcze ponad godzine do budzika. Zakladam ulubiona koszule, czarne spodnie i szpilki, ktorych nie nosilam od roku. W aucie slucham radia i spiewam. Mijam stacje paliw i zauwazam, ze paliwo podrozalo od wczoraj wieczorem. Wyprzedzam nowego Forda Ka i mysle, ze nie jest taki zly i ze skoro juz zaczelam nowa prace to moze w koncu wymienie swojego Ka na nowszy model. Mijam znak drogowy z napisem 'Reading 20 mil'. Na zegarku jest 7.38, znowu bede w biurze za wczesnie, mysle. Dalej juz nie jest tak zwyczajnie. Nagle czuje uderzenie z prawej strony auta (pozniej dowiem sie, ze byl to seat ibiza), trace kontrole nad kierownica i wpadam na przeciwna strone drogi, tam czuje kolejne uderzenie, tym razem van jadacy w strone Oxfordu wbija sie w moje siedzenie pasazera. Nie wiem po jakim czasie podnosze glowe z kierownicy, widze swoja twarz w lusterku, mam wielka dziure w czole, krew jest wszedzie. Zauwazam tez dziure w przedramieniu, zawsze zastanawialam sie jak wyglada otwarte zlamanie, przechodzi mi przez mysl. Dotykam nog, sa cale. Zbiegaja sie ludzie, jakis chlopak przykrywa mnie swoja kurtka i bluza. Przyjezdza karetka, pielegniarka zaklada gumowe rekawiczki, widze jak zapisuje sobie moje imie na jednej z nich. Za chwile na miejscu jest straz pozarna. Pamietam, ze strazacy sa bardzo przystojni. Przykrywaja mnie gruba siatka i tna moj samochod na kawalki, zeby sie do mnie dostac. Szyba, drzwi, dach. Ostatecznie udaje im sie polozyc mnie na nosze i przeniesc do karetki. Pozniej dowiem sie, ze bylam uwieziona w samochodzie przez 75 minut. Nastepne ujecie: jestem w szpitalu, kolejno nachylaja sie nade mna lekarze i pielegniarki, przedstawiaja sie i tlumacza co beda za mna robic. Igly wbijaja mi wszedzie, w rece, w stopy. Bol jest nie do zniesienia, ale morfina wkrotce zaczyna dzialac. Pielegniarki rozcinaja mi ciuchy. Jade na tomografie komputerowa, krew leci mi z ucha, ale na szczescie glowa jest cala. Lekarz zauwaza luzne powietrze w klatce piersiowej, wiec musza wlozyc mi tube miedzy zebra. Szykuja mnie do operacji. Pamietam, ze bardzo sie boje, ze sie nie obudze. Jest juz Marcus i moja siostra ze swoim chlopakiem, stoja przy moim lozku. Zgrywam twardzielke, zartuje, wszyscy zartujemy, choc w rzeczywistosci wiem, ze jestesmy przerazeni. O 22:00, dwanascie godzin od przyjazdu do szpitala, budze sie po operacji. Mam zlamane przedramie, peknieta miednice, pekniete zebro, tube w klatce piersiowej i 15-centymetrowa rane na glowie i czole. Cale moje cialo pokryte jest ranami i sinikami. Zostane w szpitalu przez kolejne piec dni. Zyje.
niedziela, 25 października 2009
niedziela, 18 października 2009
piątek, 09 października 2009
Z okazji urodzin
mojego Taty (wczoraj skonczylby 56 lat) postanowilam zrobic cos sensownego. Dlugo nie
musialam szukac pomyslu, akurat dzis rano jedna z kolezanek z pracy
zaproponowala, zebysmy wystartowaly w biegu Swietych Mikolajow. Celem
imprezy jest zebranie pieniazkow dla Helen & Douglas House czyli oxfordzkiego
hospicjum dla dzieci. Postanowilam dolaczyc. Mam nadzieje, ze uda mi sie powtorzyc moj czerwcowy sukces, gdy zebralam £400 dla Macmillan Cancer Support. Moja strona znajduje sie TUTAJ A tak wygladalo to w zeszlym roku: ![]()
piątek, 02 października 2009
czwartek, 17 września 2009
czwartek, 13 sierpnia 2009
niedziela, 09 sierpnia 2009
Wczoraj Marcus próbował porozmawiać z moją Mamą przez Gadu-Gadu. Dorwał jakiś podrzędny internetowy słownik, który (podobno) tłumaczy całe zdania. Wrzucał więc zdanie po angielsku po czym przetłumaczone (w jego mniemaniu) wklejał w GG. Oto efekt: Marcus: Cześć Jagoda Mama: Cześć Marcus, jak się masz? Marcus: W porządku dziękują. Jak są wy? Mama: Okay Marcus: Oczekujemy do obserwacji was następny tydzień ...i tu musieli przerwać, bo Mama popłakała się ze śmiechu.
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Zawsze wiedziałam, że nie zbawię świata, ale ostatnio dociera to do mnie ze zdwojoną siłą i strasznie mnie to boli. W soboty pomagam w schronisku dla zwierząt i widzę tam rzeczy, których wolałabym nie widzieć. Widzę psy, które były tak bite, że boją się własnego cienia. I wiem, że nic nie mogę z tym zrobić. Owszem, mogę pomóc tym zwierzakom w schronisku, ale nie mogę pomóc tysiącom innych, które spotyka podobny los. Czytam blogi fajnych dziewczyn: Pauli i Anki, które zmagają się z paskudnymi chorobami i wiem, że mogę niewiele. Mogę przelać im trochę pieniędzy, mogę zostawić pozytywny komentarz i tyle. Przeraża mnie ta bezsilność. I ta myśl, że takich chorób i nieszczęść są tysiące, miliony. Widzę żonę profesora jak spaceruje nad rzeką, już bez niego. Jak schudła, jakby zmalała nawet. Została sama po tylu latach u boku mężczyzny, który w wieku 80 lat opowiadał mi o niej z zafascynowaniem (‘ach ta moja Tamara, moja dziewczyna’). Zasmuca mnie to strasznie, los tych staruszków, którzy zostają sami. Dziś, w siódmą rocznicę pogrzebu mojego Taty siedzę i rozmyślam i wszystko wydaje mi się bez sensu. Nie potrafię znaleźć żadnych pozytywnych argumentów, żadnych powodów do uśmiechu. Mam nadzieję, że jutro jakieś znajdę. |